Przejdź do głównej zawartości

Jerozolima w pojedynkę



Wraz z opuszczeniem kraju niebieskiej gwiazdy skończyła się moja wena twórcza do opisywania swoich przygód. Postanowiłam do tego powrócić w wolnych chwilach, niemniej już na wstępie biegnę Was uprzedzić i zniechęcić - jako, że nie jest to relacja "na gorąco", na dzień czy tydzień po wyjeździe to nie będzie ona tak płomienna i ognista jak poprzednie wpisy... no chyba, że się skutecznie wgryzę we wspomnienia i staną one jako żywa ściana wydarzeń przed mymi oczyma... spróbujmy!

A wpis będzie o tym, jak to po ośmiu latach powróciłam do najbardziej fascynującego mnie osobiście miasta na świecie... w pojedynkę! Ale od początku...

Osiem lat temu trafiłam do Jerozolimy, a w zasadzie ogólniej rzecz biorąc - do Izraela - razem z wymianą uczniowską w pierwszej klasie liceum. Całkiem niezłą miałam wtedy fazę na poznawanie kultury żydowskiej, zwłaszcza w moim pięknym, wielokulturowym niegdyś mieście - Lublinie. Chociaż przyznam szczerze, że gdy usłyszałam w liceum o wymianie z Izraelem to trochę w ogóle nie wiedziałam co to za kraj i gdzie go na mapie w sumie szukać, ale wiadomo - przygoda przygoda, każdej chwili szkoda, jedziemy! I tak to w haremkach na nogach i w turbanie na głowie przypielgrzymowałam do Ziemi Świętej.



Wtedy jednak moja podróż znacznie się różniła, bo byłam w grupie. Nawet, jak mieliśmy czas wolny to było powiedziane, gdzie pójść możemy, a gdzie lepiej się nie zapuszczać. I ja to respektowałam, obejrzałam to, co mi pokazali, zakochałam się w tym mieście, ale... miałam niedosyt. Postanowiłam tu wrócić pewnego dnia, kategorycznie BEZ grupy zorganizowanej, i po prostu połazić po tych staromiejskich uliczkach w poszukiwaniu...hmmm siebie? Pięknych miejsc? Ruiny? Czy wrażeń? Dokładnie nie wiem, ale wszystkiego po trochu. Chciałam, żeby te stare mury opowiedziały mi trochę swojej historii i tego, jak to możliwe, że w tak burzliwym rejonie świata stoją już tyle czasu.
No ale dobra, do rzeczy, wracamy osiem lat później do Izraela i tak oto samotna podróż staje się celem całkiem realnym. Przez kilka dni zasięgałam porad moich kochanych hajfijczyków na temat tego jak się tam w ogóle dostać, bo nie wiem czy wiecie, ale generalnie mimo małych rozmiarów kraju to wcale nie tak łatwo jest się bez samochodu dostać z jednej strony Izraela na drugą. No a w weekendy to już w ogóle jedna wielka niemożliwość, bo jak we wcześniejszych wpisach wspominałam - Szabat daje się we znaki, jeśli podróżuje się transportem zbiorowym. Więc po trzech tygodniach w Izraelu zrodził się plan bazujący na podstawie każdej wspaniałej podróży i niepowtarzalnych przeżyć - YOLO. Niech się dzieje co chce. Hava nagila i do przodu!
Zgodnie z tym planem uprzedziłam laboratorium, że po weekendzie się nie pojawię, bo wyjeżdżam, w przeddzień zrobiłam sobie pokaźnego lunchboxa i dwa bidony z piciem, przygotowałam sobie ubranko, powerbanka i miejsce na zdjęcia i... jedziemy.
Aaaale, żeby nie było takiej kompletnej ignorancji to stwierdziłam, że tak proforma wejdę w internet na jakieś pierwsze-lepsze blogi podróżnicze, żeby tylko sprawdzić jakiś taki odleciany musthave przy pobycie w stolicy. Faktycznie, natrafiłam  na coś  w rodzaju "pięć miejsc, które musisz zobaczyć w Jerozolimie" i generalnie wszystko by się zgadzało z tym, co już widziałam bądź miałam w planie obczaić, aż do momentu końcówki wpisu, gdzie to napisane było coś w rodzaju "ale broń Boże nie wybierajcie się do Jerozolimy w pojedynkę"... Trzy głębokie wdechy. Wszystko przygotowane na jutrzejszą podróż. Ja nastawiona jak szwajcarski zegarek. Z pełnym supportem izraelskich znajomych.
... a jednak w głowie taki głuchy odgłos czegoś na kształt rozsądku "nooo, samotna młoda polska blondynka zagubiona w arabskiej dzielnicy"... Kurna, jak nie pojadę to się nie dowiem czy mnie zasztyletują czy tylko złupią. Jedziemy.

O 7.00 rano wyszłam z akademika, wsiadłam w matronit (coś w rodzaju tramwaju na kółkach/trolejbusu bez szyn) i dojechałam na hajfski analog PKSu. Wcześniej myślałam, że muszę wziąć jeden pociąg do Tel Avivu i kolejny do Jerozolimy, ale okazało się, że jednak ktoś mądry wymyślił bezpośrednie połączenie tych miast. Drugi mądry dał żydom wspaniałą cechę gadatliwości - gdy podeszłam do okienka z biletami, aby sprawdzić ile "impulsów" mam na karcie miejskiej to dzięki życzliwości pracującego tam pana zostałam obdarowana fantastyczną ofertą biletu 24-godzinnego, na którym to mogłam przejechać praktycznie cały Izrael niezależnie od rodzaju transportu, a co lepsze - finansowo było to dużo korzystniejsze niż zwykłe bilety. O określonej godzinie stawiłam się na peronie, a przy mnie... kilkanaście żołnierek, każda z ogromnym plecakiem i jeszcze większym kałachem na plecach. Trochę straszno, trochę śmieszno, jak to mówią, generalnie pierwsze wrażenie jest raczej przepełnione poddenerwowaniem, zwłaszcza, jak się siedzi na siedzeniu obok takiej żołnierki z karabinem. To też w ogóle fantastyczna sprawa do obserwacji - widzisz taką dziewczynę młodszą od siebie, z kałachem na plecach i ze smartfonem w rękach i zastanawiasz się jak by to mogło wyglądać u nas w kraju, albo w ogóle jak będzie wyglądało za kilka lat... no mniejsza.
Po dwóch godzinach DOJECHAŁAM na miejsce. I oczywiście co pierwsze zrobiłam? Zgubiłam się na dworcu, nie potrafiąc z niego wyjść. Tłumy żołnierzy, stragany, ludzie biegnący do pracy, kosmos. A znaki jakieś takie kompletnie nieczytelne... Finalnie udało mi się wydostać na zewnątrz, znaleźć odpowiedni przystanek i wsiąść nawet we właściwy tramwaj (chociaż mało brakowało...). Do przejechania zaledwie kilka przystanków, ale nawet tam odczuwało się obecność żołnierzy i wszechobecną wielokulturowość.

Wysiadłam i zobaczyłam swoją małą, osobistą mekkę - mury starego miasta! Słońce zaczynało dopiekać promieniami, ale ja w nich widziałam jedynie piękne rozświetlenie piaskowych cegieł (między Bogiem a prawdą nie wiem, czy materiał budulcowy to piaskowiec, ale strasznie mi go przypomina, więc dla celów opisowych zgódźmy się nie czepiać takich detali). Przeszłam przez Jaffa Gate i tak oto znalazłam się w centrum tego, co pamiętam trochę jak za mgłą sprzed lat ośmiu. Byłam na tej samej ulicy, przy tej samej bramie, flashbacki zaczęły bombardować moją potylicę. Szeroki uśmiech i... od czego by tu w sumie zacząć. Wzięłam mapkę z informacji turystycznej, zerknęłam na szybko, schowałam do kieszeni i popędziłam w część grekokatolicką.

To było najpiękniejsze, co tylko mogłam zrobić, bo nagle cały zgiełk głównego traktu ucichł. Przemknęłam w wąskie przesmyki, na których żywej duszy uświadczyć się nie dało i dotarło do mnie, że to się właśnie dzieje, oglądam właśnie Jerozolimę w dokładnie takim wydaniu, w jakim ją obejrzeć chciałam. Chłód wysokich, grubych murów, chropowate, niewyślizgane kamienie pod stopami, różnokolorowe drzwi, każde prowadzące do innego sekretu... Dla takich chwil warto żyć!
... a z drugiej strony ileż można siedzieć w ciszy w tak kolorowym i tętniącym życiem miejscu? Trzy razy w prawo i wchodzimy na targowisko!





Różnorodność towarów, które można nabyć na starym mieście w Jerozolimie jest po prostu powalająca. Te kolory, te detale, ta wrzawa... Człowiek tutaj kupuje każdym zmysłem - wzrokiem, słuchem, zapachem, dotykiem, a nawet smakiem. Symfonia orientu, ale i też...kiczu:



Oprócz pięknych towarów orientu znajduje się tu cała masa religijnego śmietniska. Religijnego i kulturowego. Coś, co ma przykuć uwagę, emocje i co najważniejsze - pieniądze. Ogląda się to nawet zabawnie, ale gdy przychodzi do refleksji, że te rzeczy ludzie naprawdę kupują i zostawiają za nie niemałe pieniądze to już trochę uśmiech schodzi z twarzy. Zwłaszcza, że większość tych przedmiotów jest bardzo kiepskiej jakości, totalnie "Made in China". Ale co kto lubi, jedni kupią magnesik na lodówkę, a drudzy koronę cierniową dla wnusia.

Między straganami przemknęłam do miejsca, które budziło we mnie wielkie niespełnienie po poprzedniej wizycie, czyli do Bazyliki Grobu Pańskiego. Jak się można domyśleć - poprzednim razem zobaczyłam w niej wszystko, tylko nie Grób Pański, co spowodowane było naprawdę monstrualną kolejką do jego wnętrza, a odczucie niedostępności potęgowały wysokie rusztowania, na których robotnicy odrestaurowywali zabytek. Tym razem postanowiłam sobie jednak, że choćby nie wiem jak długa miała być kolejka, to nic mnie nie goni. Wystoję swoje i zobaczę co się kryje wewnątrz mistycznego i jakby nie patrzeć dla katolików najważniejszego miejsca na świecie.
Tak wygląda z zewnątrz wejście do Bazyliki

Kamień namaszczenia


Zewnętrzna część Grobu Pańskiego



Weszłam do znanej mi już Bazyliki spodziewając się niebotycznych tłumów wewnątrz, wszak wybrałam sobie najwspanialszy dzień do odwiedzania miejsc dla katolików najświętszych - niedziela... A tu zaskoczenie, ludzi owszem trochę było, ale nie były to dzikie tłumy, gdzie nie da się wcisnąć szpilki. Można było na spokojnie przechodzić przez korytarze i oglądać architektoniczne detale. Naprzeciwko wejścia znajduje się Kamień Namaszczenia - na wzór tego, na którym miało być umieszczone ciało Jezusa przed włożeniem do grobu. Kamień oczywiście nie jest oryginalny i nie przetrwał ponad dwóch tysięcy lat, obecny - zgodnie z moją wiedzą - był złożony tam w XIX w. Ma być to symbol, który jak widać jest przez wielu czczony w nade gorliwy sposób. Wiedząc, jaki mam swój cel od razu przetransportowałam się w lewą stronę, w kierunku Grobu. Była już tam lekka kolejka, ale nie był to ten tasiemiec, który pamiętałam sprzed ośmiu lat. Większość zwiedzających stanowiły zorganizowane grupy, podejrzewam, że w większości z Ameryki Południowej bądź Hiszpanii, gdyż pielgrzymi żarliwie dysputowali po hiszpańsku. I to było straszliwe zderzenie sfery sacrum z miernym profanum. Chciałabym się tu na chwilę zatrzymać.

Mimo, że nie praktykuję tak, jakby to idealny polski katolik sobie zakładał jak na porządnego chrześcijanina przystało, to w sercu mam bardzo wiele miejsca dla swojej wiary i Boga. Miejsce takie, jak Grób  Pański, mimo, że raczej w wydźwięku symbolicznym, niż jakkolwiek historycznym, jest dla mnie wyjątkowym. Jest to miejsce, które długo sobie wyobrażałam, jako tak wzniosłe i poważne, że aż będzie mnie po uszach wodził jedynie delikatny szept kamieni, które są tam na tyle długo, że widziały już niejedno i jeśli ładnie je poprosisz i uszanujesz to słowo po słowie będą do ciebie przemawiać. Niestety, szybko moje wyobrażenia zweryfikowały się z prawdziwym obrazem tego miejsca. Tłumne wycieczki stoją w długiej kolejce głównie chyba dlatego, że tak wypada, że w sumie głupio tam być, a grobu nie zobaczyć. No i tak to się odbywa, że szumna latynoska grupa zaczyna rozmawiać. Jak to sobie wyobrażacie? Jako szeptaną, delikatną wymianę zdań na temat architektury? Oooooo, tak to nie ma. Latynosi i latynoski z całą swoją ekspresją drą się w niebogłosy, śmieją, gestykulują i zabawiają. Trochę narzekają, trochę kłócą się, trochę żartują, trochę planują dalsze punkty wycieczki, a trochę myślami są już na tych barwnych bazarkach. Jeszcze tylko kilkanaście minut i wyrwą się z tego nudnego miejsca, w którym nota bene przynajmniej jest chłodek, więc w sumie z dwojga złego siedźmy tutaj, skoro już ten przewodnik nas tu przyprowadził. Byłam bezsilna. Naprawdę bezsilna. Coś we mnie, w środku, krzyczało na nich, żeby przynajmniej na kilka minut się zamknęli, pomyśleli dokąd przyszli, pomyśleli o swoim życiu, ale też o empatii do innych ludzi, którzy naprawdę odczuwają wielkie emocje będąc w epicentrum świętości. A z drugiej strony nie mogłam zainterweniować, co ja bym im powiedziała, jak, i przede wszystkim - dlaczego miałabym się dać ponieść złej emocji w miejscu, w którym z zasady narodziło się bezgraniczne miłosierdzie do drugiego człowieka. Takie to miałam rozterki przez 40 minut stania w kolejce. Zmęczone starsze panie siadały na gzymsach grobu, a ja tak sobie rozmawiałam sama ze sobą (no bo z kim by innym, trwając tak w swojej jerozolimskiej samotności) na tematy porządności i siły naszych sumień, każdego z osobna.

Dobra, wracam do meritum. Oczekiwane przeze mnie 2 godziny okazały się być jedynie (!) 40 minutami przestanymi w kolejce. Kiedy doszłam do wejścia do Grobu to serce mi waliło. Nie wiedziałam, co jest w środku i jak się zachowam. Co mam wtedy myśleć. Co powiedzieć. Podziękować? Przeprosić? A może wejść z czystym, pustym, wolnym od myśli umysłem? Przy wejściu stał ksiądz, który wpuszczał grupy ok.czteroosobowe do środka. Z zastrzeżeniem, że zdjęcia wewnątrz są kategorycznie zakazane. Ale wiecie co? Jak kocham zdjęcia, to była to najwspanialsza zasada, jaką mogli tam wprowadzić i restrykcyjnie respektować. Nagle aparat nie jest ważny, zresztą jest tam tak ciemno, że i tak nic by nie wyszło. Najpierw wchodzi się do "przedsionka", miejsca kompletnie ciemnego. Nagle cała ta wrzawa zanika, robi się naprawdę głucho. Masz wrażenie, że czekasz całą wieczność, aż poprzednia grupa wyjdzie, ale jest to czas wyłącznie dla Ciebie. Serce wali, oddech przyspiesza, ale jednocześnie ogarnia cię niebywały spokój i radość. Dźwięk głuchego pukania księdza i wiesz, że za pięć sekund będziesz w tym najważniejszym miejscu. Wchodzisz...i nagle w tę spokojną, dość pustą czachę napływa milion myśli. Masz minutę, która na zewnątrz wydawała się wiecznością, a teraz masz wrażenie, że ksiądz cię oszukał i żąda wyjścia po dziesięciu sekundach. Klęczysz i próbujesz po pierwsze ogarnąć oczyma miejsce, w którym się właśnie znajdujesz. Co tam właściwie jest, jak to wygląda, jak pachnie, jaka jest temperatura, detale. Nie, nie da się, od razu wszystko zapominasz. No ale racja, ciekawość architektoniczna to nie punkt, który cię tu przywiódł, jesteś tu głównie, żeby się pomodlić. Zaczynasz zamykać oczy i szybko przypominać sobie słowa "Ojcze nasz", zatrzymujesz się w połowie i zadajesz w przestrzeń głuche pytanie - kurde, klepane formułki mogę sobie mówić w domu do obrazka, a tutaj... może jednak coś od siebie? Ale.. co? Bo w sumie to... miliard myśli, ale nic konkretnego. Więc trochę dziękujesz za to, że możesz tu być i - słyszysz pukanie księdza, które jest znakiem, że tysiące innych pielgrzymów chce tu jeszcze dzisiaj zajrzeć. Wychodzisz... i nie wiesz, co tam się właściwie wydarzyło. Gdzie byłaś, jak to wyglądało, jak się powinnaś zachować, nawet przemyka pod kopułą myśl, żeby stanąć w tej  kolejce raz jeszcze. Ale w sumie potem rozum wygrywa, całe mnóstwo miejsc jeszcze do zobaczenia, a Ty? Bądź wdzięczna, za to co właśnie przeżyłaś.















Przeszłam się jeszcze dalej po Bazylice, ale w sumie resztę zakątków widziałam już poprzednim razem, więc oczywiście podziw ogromny, ale nie ma co się zbytnio zatrzymywać. Trzeba iść dalej. A następny must-have Jerozolimy to oczywiście... Western Wall, czyli Ściana Płaczu!




2011 vs. 2019

2011 vs 2019
Western Wall to pozostała ściana zachodnia Świątyni Jerozolimskiej, drugie na tak małej powierzchni starego miasta najważniejsze miejsce dla kolejnej z religii - Judaizmu. Zjeżdżają tu przede wszystkim Żydzi z całego świata, ale nie tylko. Jest to jeden z ciekawszych symboli Jerozolimy, a nawet Izraela, który przyciąga turystów z całego świata, na czele oczywiście ze mną. Ściana płaczu podzielona jest na dwie części - sporych rozmiarów część męską, w której to każdy, nawet niebędący Żydem mężczyzna musi założyć nakrycie głowy, ale generalnie jest to dość swobodne miejsce, oraz malutką część żeńską, w której jest tłum i jak się trafi na "gorącą" godzinę to trzeba chwilę poczekać, żeby się w ogóle do ściany dostać  i móc ją dotknąć czy wsadzić karteczkę ze swoimi prośbami czy modlitwami. Skąd w ogóle polska nazwa? Wzięta od niemieckiej, francuskiej czy angielskiej, a te z kolei od arabskiej, która mówi o żydowskiej tradycji opłakiwania zburzonej świątyni (zawsze twarzą w stronę muru!). Charakterystyczne jest odchodzenie od ściany, bo odbywa się ono bez odwracania - idzie się tyłem, aż do momentu, kiedy wyjdzie się z terenu "modlitewnego". W tym miejscu wspaniale jest poobserwować cicho i z przyczajki innych ludzi - ortodoksyjnych Żydów i sposób ich modłów. Jakby przenieść się do totalnie innego świata, wspaniałe przeżycie!

Byłam jednak delikatnie hmmm... jakby to nazwać, zniesmaczona tym, co tam zastałam. Ponieważ po drugiej stronie placu odbywa się właśnie ogromna budowa! W samym centrum zabytkowego miasta, w najważniejszym żydowskim centrum pracują wielkie żurawie, koparki i młoty pneumatyczne, bo jest tam właśnie budowane... coś. Nie wiem dokładnie co, ale osobiście bardzo zaburzyło to moje poczucie estetyki i wyjątkowości tego miejsca.


Chwilę odpoczęłam i podreptałam dalej... szukać szczęścia. Plan był, żeby odwiedzić trzecie najważniejsze religijnie miejsce, tym razem to muzułmańskie, czyli Kopułę na skale oraz meczet Al-Aksa. Niestety, gdy tylko chciałam wejść na uliczkę, która prowadziła do uliczki, która łączyła się z uliczką (serio) idącą w stronę tych miejsc to miły wojskowy pan zagrodził mi drogę mówiąc, że niestety nie mogę tam wejść. Katolicy - nara! Szkoda, bo powiedział, że mogłabym tam wejść nazajutrz z rana, no ale niestety plan na stolicę był wyłącznie jednodniowy, więc musiałam się obejść smakiem i poszwędać dalej po ciekawych uliczkach starego miasta w poszukiwania jednego z dwóch - albo szczęścia, albo problemów.












Tam można chodzić i chodzić i chodzić i to się w ogóle nie nudzi! Osobiście najbardziej kupiły mnie różnorodne kolorowe drzwi i miejscowi ludzie. Ale ale... doszłam do następnego ciekawego punktu, czyli Via Dolorosa. Nie przeszłam całości, bo... pociągnęła mnie ciekawość innych uliczek, ale jest to prawda, co piszą - miejsca stacji drogi krzyżowej są praktycznie prawie niezauważalne. Z jednej strony jest to intrygujace, ze jest to wtopione w architekturę staromiejską i jej nie dominuje, ale z drugiej strony... Mogłoby być to bardziej wyeksponowane.







Wróciłam z powrotem pod Ścianę Płaczu i udałam się w stronę części Żydowskiej tym razem. Nogi już mnie wtedy same niosły. Ta część zdecydowanie różni się od hałaśliwej muzułmańskiej - jest raczej spokojna, stonowana. Ale też można znaleźć w niej ciekawe smaczki.






Dzień zbliżał się powoli do ciepłego popołudnia, a ja proporcjonalnie przegrywałam z fizjologią - jednak cały dzień intensywnego chodzenia, bez siadania czy jedzenia potrafi dać nieźle w kość. Pomyślałam, że w sumie nic mnie na Starym mieście dalej nie trzyma, więc to chyba czas udać się w kierunku autobusów. I tak oto wychodząc już praktycznie tą samą drogą, którą weszłam ujrzałam kolejną atrakcję, której poprzednim razem nie widziałam - Wieżę Króla Dawida. Poszłam, zapłaciłam za bilecik i wdrapałam się na szczyt, z którego rozciąga się całkiem przyjemny widoczek na Jerozolimę.





Schodząc z wieży, myśląc czy bardziej boli mnie kręgosłup czy pięty ogarnęłam, że mój horrendalnie drogi bilet obejmuje jeszcze całe muzeum... no to do dzieła, ostatnia atrakcja, przejdę aby i do domu.













Okazało się, że muzeum jest z lekka męczącą atrakcją, bo chodzi się po murach okalających miasto, to w górę stromymi schodami, to w dół. Klęłam w głowie na czym świat stoi, że sobie ubzdurałam tę wycieczkę, ale dzielnie szłam dalej. Aż doszłam do... korytarzy w murze! I tam to dopiero miałam zabawę. Wspaniały, chłodniutki labirynt, w którym nie było totalnie nikogo, tylko ja. Widok przez małe świetliki na zewnętrzną, modernistyczną część miasta i chwila odpoczynku. To generowało naprawdę szeroki i niekłamany uśmiech do zdjęć.

Po tym punkcie programu stwierdziłam, że kategorycznie muszę w końcu coś zjeść. Słońce leniwie staczało się w dół. Wyszłam ze starego miasta i szłam sobie powolutku na piechotę w stronę dworca. Tak idąc natknęłam się na miejski plac, w centrum którego stał publiczny fortepian, dostępny dla każdego, kto akurat miał ochotę podzielić się z innymi swoim talentem. Jakaś dziewczyna grała, chłopak ją nagrywał, siadłam na ławce, wyciągnęłam swój lunch i dopiero poczułam, że to jest kolejna rzecz, która urzeka mnie w tym mieście. Tutaj już nie było tłumu pielgrzymów. Tutaj byli prawdziwi ludzie, stąd, z muzyką w duszy, ze słońcem w oczach. Tu tradycja spotykała się z nowoczesnością. Z tą myślą mój lunch od razu stał się smaczniejszy. Dokończyłam go i ruszyłam dalej, nową Jerozolimą, w stronę swojej destynacji.




Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Haifa moimi oczami

Już po tygodniu pobytu tutaj zaczęły do mojej głowy napływać przeróżne wnioski w kwestii tego, co tu obserwuję. Teraz mija sześć tygodni, a ja w zasadzie myśląc nad tym raz jeszcze, nie zmieniłam swojego zdania. Nadal uważam, że Haifa to cztery główne składowe: SCHODY KWIATY KABLE KOTY Nie pamiętam, czy już wcześniej wspominałam, że byłam wcześniej w Izraelu, osiem lat temu podczas tygodniowej wymiany szkolnej. Wówczas mieszkaliśmy w Rishon Le Zion, a odwiedziliśmy Tel Aviv, Jerozolimę, Masadę i Morze Martwe, więc jak na tydzień całkiem niezłe zapoznanie się z centralną częścią tego kraju. Zauroczyłam się wtedy Izraelem bez reszty, a nawet do tego stopnia, że zarekrutowałam się po maturze na hebraistykę (!). (Swoją drogą do dziś intryguje mnie niesamowicie ten język, a nie potrafię go w ogóle przyswoić). Osiem lat później okazało się, że mam możliwość wyboru kraju wymiany naukowej z IFMSA i tak oto się stało - wakacyjny Izrael jak znalazł! Niestety, przy rekrutacji...