Przejdź do głównej zawartości

Jak trafiłam do Izraela?



Dobra, po krótkim wpisie wstępu chyba czas na coś bardziej merytorycznego. Ciężko jest "od czegoś zacząć" jak do przekazania jest aż tyle treści, no więc może znowu idąc z dewizą "o tym, co tu i teraz".
No to... rach ciach, dlaczego jestem właśnie teraz w Izraelu?

Wspominałam już, że studiuję medycynę. Co się z tym wiąże - należę do IFMSA - organizacji zrzeszającej studentów medycyny z całego świata. Nasza rola w ogromnym skrócie polega na uczestniczeniu w różnych akcjach, tj. badania przesiewowe w różnych miejscach publicznych, czytanie i zabawa z chorymi dziećmi w szpitalach, szeroko rozumiane edukowanie ludzi na tematy medyczne czy przybliżanie najmłodszym roli lekarzy i promocji zdrowego trybu życia. Za uczestnictwo w każdej z takich akcji dostajemy punkty, które w późniejszym czasie możemy "wymienić" na wyjazd na miesięczne praktyki zagraniczne - albo naukowe, albo kliniczne. Do wyboru mamy naprawdę ogromny wachlarz nawet najbardziej egzotycznych krajów, ja wybrałam Izrael, ponieważ miałam tę przyjemność być już tu osiem lat temu (ale to może będzie historia na inny, krótki wpis), a do tego wydawało mi się, że ani to daleko ani blisko, no i poziom naukowy tutaj jest całkiem w porządku. Zaaplikowałam, dostałam się... no cóź, trzeba chwycić byka za rogi i gnać dalej.
Tutaj razem z Moniką i Zosią uczestniczyłyśmy w jednej z takich akcji IFMSA - "Czytamy, pomagamy" w Uniwersyteckim Szpitalu Dziecięcym

Los mi pomógł, więc teraz moja rola - załatwianie wszystkich formalności. Zaaplikowałam na wymianę naukową, więc musiałam wybrać temat swoich badań, a co się dalej z tym wiązało także miasto. Bardzo chciałam pojechać do Tel Aviwu lub Jerozolimy, ale okazało się, że tam odbywa się wyłącznie wymiana kliniczna, los więc znowu musiał zadziałać sam. Rzucił mnie do... Hajfy.

Ciekawostka lotnicza: połączenia z Polski do Izraela są z obsługiwane z wielu polskich miast (ja leciałam akurat z Rzeszowa), natomiast Izrael przyjmuje zagraniczne samoloty wyłącznie na lotnisku w Tel Avivie. Nie stanowi to jednak wielkiego problemu, gdyż lotnisko jest bardzo dobrze skomunikowane z resztą kraju. Ja akurat korzystałam z pociągu, który jeździ mniej więcej co godzinę przez całą dobę, więc nawet w przypadku późnych lotów nie ma problemu w postaci "koczowania" na lotnisku nie wiadomo ile czasu. Połączenie Tel Aviv - Haifa kosztuje ok.35-38 NIS w jedną stronę.

A właśnie, napisałam jakiś dziwny trzyliterowy skrót, a Wy nic a nic nie pytacie. Waluta w Izraelu to NOWY SZEKEL (skrót: NIS - New Israeli Sheqel) ( ₪ ), w prostym przeliczeniu jest to prawie 1:1 ze złotówkami. Warto wziąć ze sobą dolary i wymienić je na miejscu na szekle (choć uwielbiam nazwę używaną przez mieszkających tu Polaków - szakale <3 ), jeśli chcecie korzystać z karty to musicie się liczyć, że jest tu wiele bazarków i małych słodkich sklepików, które mogą takiej płatności nie obsługiwać. Ponadto ja korzystając z bankomatu miałam nie-przyjemność dopłacić do tej imprezy ok.10NIS za usługę, więc jeśli chcecie uniknąć takich dodatkowych kosztów to warto mieć dolarki przy sobie. (Zwłaszcza, ze w Jerozolimie i z tego co wiem to tez w innych typowo turystycznych miejscach można płacić nawet nimi bez wymieniania waluty).

Całe szczęście Polacy nie potrzebują załatwiania izraelskiej wizy, więc przynajmniej jedna formalność z tych niezbędnych mogła mnie ominąć. Przyleciałam do Izraela jakoś przed południem. Przed wyjściem z lotniska i zabraniem bagaży czekała mnie jeszcze kontrola paszportowa - o mamo, to dopiero kolejki. Już po odstaniu swojego i bezpośrednio przed podejściem do okienka z celnikiem podszedł do mnie jakiś pan i zapytał skąd przyleciałam. Grzecznie odpowiedziałam mu, że z Polski, i po tej informacji z uśmiechem poprosił mnie, żebym poszła za nim do innego okienka, jak mam być szczera to bardziej przerażającego. Teraz tak sobie głośno myślę, że może robił odsiew typowo turystycznych przybyszów i takich, jak ja, przylatujących w trochę innym charakterze, a że miałam na ramieniu pokaźną torbę z laptopem to mógł to dość szybko wywnioskować, że nie jadę ot tak na plażę. Podeszłam do okienka praktycznie od razu i zaczęłam krótką rozmowę z pograniczniczką, wytłumaczyłam jej co i jak, i że nie będę tu szukać pracy i w zasadzie po 4-5 minutach mogłam już przechodzić dalej.

Rzecz, której się trochę bałam po swojej poprzedniej wizycie w Izraelu i po różnych strasznych opiniach to PIECZĄTKA W PASZPORCIE, gdyż z takową podobno nie można odwiedzać krajów ościennych, jak Egipt, Jordania czy Liban, a kto wie gdzie mnie los rzuci przez następne 10 lat, kiedy to jeszcze będę używała tego samego paszportu... Ale tutaj miła niespodzianka - teraz w Izraelu nie trzeba kombinować, wkładać do paszportu jakiś karteczek, dolarów czy Bóg wie czego jeszcze - automatycznie dostaje się niebieską karteczkę z pozwoleniem wjazdu, którą należy trzymać i pilnować aż do momentu opuszczenia kraju. Z tymże "błogosławieństwem" służb państwowych przekroczyłam granicę terminalu bagażowego, wzięłam swoją ogromną walizę, wymieniłam jeszcze trochę pieniędzy i pognałam w poszukiwaniu pociągu do Hajfy. W sumie była to nieskomplikowana droga, ale zmęczony człowiek w stresie widzi zupełnie coś innego, niż to, co pokazują znaki. W każdym razie trafiłam i do automatu biletowego i na odpowiedni peron.
Wsiadanie do pociągu z moim trzydzieści razy za dużym bagażem to też był niezły wyczyn, bo niestety tutaj kultura wsiadania do transportu publicznego nie działa. A i pociąg był nieprzystosowany do trasy przebiegającej przez lotnisko - nie było w ogóle miejsca na bagaż. No więc stałam tak obładowana jak ogromny wielbłąd w przejściu, mając przy każdym z przystanków problem, aby przepuścić wychodzących. Generalnie średnia przyjemność podróży, ale wtedy to już mi naprawdę było wszystko jedno.

Na dworcu w Hajfie (jest ich kilka, więc trzeba pilnować na którym jest najlepiej wysiąść - Hof Carmel, Bat Galim, HaShmona - centrum, Merkazit HaMifrats, Lev HaMifrats) odebrała mnie dziewczyna odpowiedzialna za tutejszą stronę wymiany. Zawiozła mnie na uniwersytet, przedstawiła pani profesor, u której w laboratorium miałam spędzić kolejne 4 tygodnie, jakieś szybkie zakupy i akademik. I tu się zaczęło...
A to jest budynek wydziału medycznego uniwersytetu Technion. (Technion = politechnika, więc co ciekawe tutejszej medycyny uczy się właśnie na uczelni technicznej) (Jest to jedyny wydział Technionu oddalony od całego kampusu, i to całkiem spory kawałek. Mieści się on przy kompleksie szpitalnym Ram Bam, zaraz przy plaży i Morzu Śródziemnym)

Okazało się, że jestem jedyną studentką na wymianie. Nie, że z Polski. Nie, że w tym laboratorium. Ogólnie. W tym miesiącu na wymianę z całego świata tylko ja wybrałam Izrael, dzień dobry losie. Dodatkowo, czego nie byłam świadoma, wybrałam najgorszy czas na uniwersytecie na przyjazd, bo lipiec to w Izraelu oficjalnie czas sesji dla tutejszych studentów. Na każdym z uniwersytetów każdy student nie myśli o niczym innym, tylko jak się najlepiej przygotować do egzaminu. Ale nie tak, że nockę zarwę i się pouczę, to będzie git malinka. Nieee, oni naprawdę przez cały miesiąc siedzą w książkach, laptopach, notatkach, co tylko chcesz! Więc moje social życie, na które tak się tutaj nastawiałam w jednym momencie legło w gruzach spowite mgłą.
No dobra, jakby tego było mało to przyjechałyśmy do akademika, który - jak się później dowiedziałam miejscowi nazywają "strefą gazy", bo wygląda tak, jakby był w trakcie lub tuż po przejściu konfliktu zbrojnego - wyglądał co najmniej obskórnie. To jest tak, że zdjęcia mogą tego nie oddać, ale weszłam do pokoju i w jednej chwili tak po prostu zachciało mi się płakać, ryczeć, wyć. Zapaliłam światło, zamigotały dwie łyse świetlówki na suficie, który cały obklejony był jakimiś kawałkami taśmy dwustronnej, gwiazdkami fluorescencyjnymi i innymi tego typu cudami. Wchodziło się przez mały "przedpokój", w którym umieszczona była szafa wnękowa i lodówka. Cóż, do szafy nie zajrzałam przez cały miesiąc pobytu tutaj, bo się najzwyczajniej w świecie boję, taki tam jest syf. Pokoik ani duży, ani mały, w sumie rozmiarowo w sam raz, jedynka. Z oknem, z czego się w sumie strasznie w tamtym czasie cieszyłam, bo najbardziej depresyjną perspektywą wtedy było dostać całkowicie zamurowany pokój ze świetlówkowym światłem. Z plusów była też klima, która na początku nie działała, ale pan portier wymienił mi pilota i śmiga równo już miesiąc czasu. No własny router z internetem w pokoju, to jest świetna sprawa. No ale z plusów to w sumie już by było na tyle. W pokoiku stały dwa stoły/biurka, trzy półki jedna nad drugą, dwa krzesła i łóżko. Od czego by tu zacząć... Stoliki były całe brudne, w jakimś kurzu i pyle, nie dało się na nich niczego położyć. Krzesła nie lepiej, były tak brudne, że bałam się nawet na nich siąść. Analogicznie sprawa się miała z wiszącymi półkami - całe w grubej warstwie "czegoś". Pierwszą więc rzeczą, którą zrobiłam po wejściu do pokoju było wyjęcie z walizki swojego prześcieradła i przykrycie lichej gąbeczki szumnie nazwanej materacem na łóżku, żeby móc gdziekolwiek choć na chwilę usiąść po długiej podróży. No i tutaj była niespodzianka, bo za - nazwijmy to roboczo materacem - były wepchnięte jakieś chusteczki, serwetki, nie wnikam co to dokładnie było i dlaczego, ale wyglądały na używane. Zebrało mi się aż na wymioty. I na mocny płacz, naprawdę. Byłam przerażona perspektywą spędzenia w tym pokoju aż miesiąca. Ale ale, nie kończmy tak szybko tego tematu, przecież z pokoju mam tez dostęp do kuchni i łazienki! W zasadzie z przedpokoju, są tu magiczne drzwi, które się otwiera, a za nimi... Królestwo nędzy i rozpaczy. Kuchnia wyposażona w palnik gazowy, z którego jeden największy działał, najmniejszy nie działał, a ze średniego trochę rozlewał się gaz, więc różnie to było z jego produktywnością. Obok kuchni leżała zapalniczka - i tu zagadka, jak myślicie, co jeszcze mogło pójść nie tak? Oczywiście nie działała. Zaraz obok było miejsce na naczynia - jakiś jeden garnuszek wielkości kubeczka, talerz, widelec, łyżka, no generalnie wesołe wyposażenie. Jak się z biegiem czasu okazało - wyposażenie to nie jest akademikowe, a należało do mojej sąsiadki, z którą właśnie dzieliłyśmy powierzchnię kuchenno-łazienkową, więc nawet niebardzo miałam tak naprawdę prawo korzystać z tych rzeczy. Marzyłam w tamtej chwili o herbacie, ciepłym płynie, który pomogłby mi się jakoś z tym wszystkim pogodzić, ale nawet nie miałam jak ugotować wody. No dobra, to może chociaż prysznic po podróży... o Boże, nie. Miejsce to, z dziwnym pawlaczem pod sufitem (sic! po co pawlacz nad prysznicem?! ) przeraziło mnie do reszty. Żółte zacieki na ścianach, silikonowe wypełnienia kompletnie przeżarte przez czarne bakteryjno-grzybicze kolonie i odpadające od ściany kafelki... To był doprawdy mało przekonywujący widok, zwłaszcza z miesięczną perspektywą mieszkania tutaj. Ot i tak się zaczęło to moje przyzwyczajanie się do tutejszych standardów, chociaż jak się później okazało to jest wyłącznie standard dla tego starego budynku, gdyż inne akademiki Technionu podobno wyglądają o niebo lepiej i są także lepiej wyposażone.




No ale minął ten pierwszy dzień, następnego miałam iść do laboratorium. Dostałam kartę Rav Kav, która jest izraelską przepustką do przejazdów transportami miejskimi (należy ją tylko doładować odpowiednią kwotą pieniędzy i za każdym przejazdem przykładać do czytnika przy kierowcy), dostałam instrukcje jak się dostać na uczelnię i wiooooo, lecimy z tematem! Ja, ambitna turystka, albo tak może bardziej szczerze skąpiec ponad miarę stwierdziłam, że w sumie uniwersytet nie jest tak daleko i mogę się z przyjemnością przejść, obserwując tym samym swoje najbliższe otoczenie. Okazało się to fajną alternatywą, bo przez miesiąc cokolwiek się przynajmniej poruszałam, naładowanie Rav Kav 50 NIS starczyło mi w zupełności na cały wyjazd, a faktycznie wiele też tym samym mogłam zaobserwować. 














W laboratorium atmosfera była świetna, dostałam pacjentów, nad których DNA miałam pracować i wykrywać dane mutacje, super ciekawa sprawa. A po laboratorium... plażowanie! Poszłam szukać miejsca, w którym mogłabym się poopalać, a przy okazji przeszłam się nadmorskim bulwarem. Powiem Wam szczerze - Hajfa wygrywa totalnie swoim położeniem. Miasto położone jest bowiem na Górze Karmel, u której podnóża jest Morze Śródziemne. Nie dość, że wspaniałe widoki, to jeszcze świetna pogoda. O właśnie, o pogodzie trzeba mi tu też wspomnieć.

Jak wybierałam się do Izraela to kompletnie nie przemyślałam kwestii pogodowej w tym regionie w wakacje. No i zaczęłam o tym myśleć dość późno, przed samym przyjazdem. Że w sumie... zrobiłam największą głupotę na świecie, bo kto mądry wybiera się na "cywilizowaną pustynię" w lecie? Przy czym nauczona doświadczeniem, tak czy inaczej wpakowałam w walizkę dwa swetry "na wieczór". No i teraz czas na rzeczywistość, która wygląda tak, że jak tu przyjechałam to odetchnęłam. Początek lipca był to czas niemiłosiernych upałów w Polsce. Upałów, w trakcie których gorące powietrze dosłownie stało, jak w wielkim garze z zupą. A Hajfa? Przywitała mnie ciepełkiem, a jakże, oczywiście. Ale do tego ultra przyjemnym nadmorskim wietrzykiem. Nie macie pojęcia ile zdziałać może taki podmuch w gorący dzień, coś wspaniałego. Nie wspominając już o innych udogodnieniach, jak klimatyzacja wszędzie gdzie się tylko da, czego w Polsce to ze świeczką szukać. Kolejna sprawa to wyrównanie temperaturowe. Gdy wychodzę rano to nie muszę się okrywać sweterkiem, gdy wracam w nocy to nie muszę się martwić, że będzie mi chłodno i mnie przewieje. Amplituda jest prawie nieodczuwalna. No i kolejny letni aspekt różniący ten klimat od polskiego - przez miesiąc nie spadła ANI KROPLA deszczu. O ile będąc rolnikiem pewnie bardzo by mnie ten fakt zasmucił, o tyle z perspektywy wakacjusza turysty jest to układ idealny. Nie muszę sprawdzać codziennie prognozy, nie muszę się martwić czy zabrać parasol czy nie. Podsumowując temat pogody - lato w Hajfie jest jak najbardziej na tak. Ciepło, ale PRZYJEMNIE!
To było pogodowe porównanie mojego rodzimego Lublina z Hajfą w pierwszych dniach mojego pobytu tutaj. Cudownie, prawda?
Wracając do spaceru nadmorskim bulwarem - wrzucam kilka zdjęć. Było naprawdę pięknie i przyjemnie. Właśnie tak mogłabym sobie wyobrażać każde popołudnie po pracy, wychodzę z biura czy laboratorium, idę 400m i mogę spokojnie wdychać nadmorską bryzę!










Jak widać na zdjęciach, popołudnie przeciągnęło mi się aż do zachodu słońca. Wtedy uświadomiłam sobie, że ten miesiąc wcale nie będzie zły. Będzie fajny i pełen nowych doświadczeń. Innych, niż się spodziewałam, bo jadąc tu miałam bardziej w perspektywie ciekawych ludzi z całego świata i dobrą zabawę, a tu perspektywa się zmieniła i miałam miesiąc na odkrywanie nieodkrytego, i lądu i siebie. Osobny wpis na pewno będzie też o mojej perspektywie apropos stylu podróżowania - samemu, w parze i w grupie.

Jeśli macie jakieś swoje spostrzeżenia, uwagi czy wnioski to zapraszam do komentowania i kontaktu. To moje pierwsze kroki w opisywaniu swoich podróżniczych przeżyć, więc jestem otwarta na konstruktywną krytykę :)

Shalom!






Komentarze

Popularne posty z tego bloga

Haifa moimi oczami

Już po tygodniu pobytu tutaj zaczęły do mojej głowy napływać przeróżne wnioski w kwestii tego, co tu obserwuję. Teraz mija sześć tygodni, a ja w zasadzie myśląc nad tym raz jeszcze, nie zmieniłam swojego zdania. Nadal uważam, że Haifa to cztery główne składowe: SCHODY KWIATY KABLE KOTY Nie pamiętam, czy już wcześniej wspominałam, że byłam wcześniej w Izraelu, osiem lat temu podczas tygodniowej wymiany szkolnej. Wówczas mieszkaliśmy w Rishon Le Zion, a odwiedziliśmy Tel Aviv, Jerozolimę, Masadę i Morze Martwe, więc jak na tydzień całkiem niezłe zapoznanie się z centralną częścią tego kraju. Zauroczyłam się wtedy Izraelem bez reszty, a nawet do tego stopnia, że zarekrutowałam się po maturze na hebraistykę (!). (Swoją drogą do dziś intryguje mnie niesamowicie ten język, a nie potrafię go w ogóle przyswoić). Osiem lat później okazało się, że mam możliwość wyboru kraju wymiany naukowej z IFMSA i tak oto się stało - wakacyjny Izrael jak znalazł! Niestety, przy rekrutacji...

Jerozolima w pojedynkę

Wraz z opuszczeniem kraju niebieskiej gwiazdy skończyła się moja wena twórcza do opisywania swoich przygód. Postanowiłam do tego powrócić w wolnych chwilach, niemniej już na wstępie biegnę Was uprzedzić i zniechęcić - jako, że nie jest to relacja "na gorąco", na dzień czy tydzień po wyjeździe to nie będzie ona tak płomienna i ognista jak poprzednie wpisy... no chyba, że się skutecznie wgryzę we wspomnienia i staną one jako żywa ściana wydarzeń przed mymi oczyma... spróbujmy! A wpis będzie o tym, jak to po ośmiu latach powróciłam do najbardziej fascynującego mnie osobiście miasta na świecie... w pojedynkę! Ale od początku... Osiem lat temu trafiłam do Jerozolimy, a w zasadzie ogólniej rzecz biorąc - do Izraela - razem z wymianą uczniowską w pierwszej klasie liceum. Całkiem niezłą miałam wtedy fazę na poznawanie kultury żydowskiej, zwłaszcza w moim pięknym, wielokulturowym niegdyś mieście - Lublinie. Chociaż przyznam szczerze, że gdy usłyszałam w liceum o wymiani...