Strasznie, ale to ogromnie jestem przepełniona radością spowodowaną tym, że ktoś tu w ogóle wszedł, nawet przeczytał poprzednie wpisy i nawet dał mi znaka, że to dobra droga, żebym pisała o swoich przygodach. No to - słowo się rzekło - piszę z niemałą przyjemnością dalej!
Okazja czyni podróżnika - to już wiecie. Ale chyba jeszcze nie zdołałam wspomnieć o tym, że przypadek często wiedzie przez najpiękniejsze szlaki. I ciekawość, zdecydowanie ciekawość!
Tamtego dnia byłam jak zwykle w laboratorium, jednak dręczyła mnie odrobinę jedna myśl - kilka dni wcześniej pani profesor zaproponowała mi, że po pracy może podrzucić mnie do pobliskiego "cable car", czyli potocznie mówiąc kolejki linowej, która wywiezie mnie na szczyt Góry Karmel, skąd jest cudowny widok. Ja oczywiście uwielbiam jak pelikan łykać takie rewelacje jak "piękny widok", "szczyt góry", "punkt widokowy" itd, więc w pierwszej chwili rozentuzjazmowana zgodziłam się bez namysłu. I dopiero po jakiejś godzinie dotarło do mnie, że owy dzień to niedziela, a ja wcześniej umówiłam się bezpośrednio po laboratorium na rozmowę wideo z akademika, no siła wyższa, nie przełożę tego. Wychodząc z labu nie zastałam pani profesor, więc poprosiłam znajomą, żeby jej przekazała moje przeprosiny i popędziłam do akademika. No i kilka dni za mną chodziła ta myśl, że miałam okazję i z niej nie skorzystałam. To jest to wyjątkowe uczucie, którego szczególnie nie lubię, jak się ma okazję to się ją chwyta mocno i nie puszcza, a tutaj tak wyszło... Czułam się niejako "zobowiązana" żeby pójść na tę kolejkę i powiedzieć pani profesor później, że byłam i że (mam nadzieję) mi się podobało. Dlatego kilka dni po tej akcji szybka decyzja - po labie idę. Wszędzie chodzę na piechotę to jakoś i tam dojdę.
No i doszłam.
Generalnie tak to właśnie mniej więcej wygląda - płaci się (w zależności od tego czy chce się i w górę i w dół, czy tylko w górę) 25 lub 35NIS i wsiada się do takiej... kulki. Chociaż miejscowi mają na to lepsze określenie, nazywają to... dumnymi jajkami ówczesnego burmistrza, za którego to przedsięwzięcie powstało. Dobrze, że o tym określeniu dowiedziałam się dopiero po przejażdżce ;D
Kupiłam przezornie bilet w dwie strony, a bo to wiadomo czy na górze nie będą mi kazali znowu płacić wysokiej stawki za zjazd czy coś, lepiej dmuchać na zimne (podobno). Jedzie to to może ze 2-3 minuty, szczerze mówiąc dokładnie czasu nie określę, bo byłam przyklejona do szyby i aparatu. Ale bardzo szybko zleciało, więc myślę, że dłuższe niż 5 minut to nie było.
Wysiadłam i od razu aż przystanęłam, piękny widok na Morze Śródziemne w kolorze lazuru, którego moje oczy nie mają szczęścia widzieć często.


Podchodzi się kawałeczek pod górkę i widoczna jest ulica, a po jej drugiej stronie słynny kościół i klasztor Stella Maris. Ale ja pozostałam jeszcze chwilę po tej samej stronie, bo był tu dostępny ciekawy punkt widokowy. To znaczy prostując - ciekawy architektonicznie, bo widok z niego był delikanie mówiąc - marny. Ale jakąś panoramę nawet udało mi się zrobić.

Dwa kroki niżej jest restauracja z pięknym widokiem, no ale powiedzmy, że nie na moją studencką kieszeń, więc przyszło mi iść dalej poznawać niezbadane tereny. Pojawił się plan, że skoro trafiłam pod Stella Maris to możnaby się tam wybrać. Po drodze minęłam kolumnę:
i poszłam kawałek dalej, zobaczyć aby widok z drugiej strony góry. Dwa zdjęcia i spadam do klasztoru. Podeszłam do niepozornego punktu widokowego, za nim wielkie chaszczory, a wśród nich... ciekawa ścieżka. I jakby może nawet mój rozsądek przemówił, że halo halo Stella Maris > nieznana dróżka, no ale gdzieś tam hen hen na końcu dróżki można było zza krzaczorów zobaczyć... malusieńki budyneczek z kopułą zwieńczoną krzyżem. Pierwsza myśl - jakiś cudowny malusieńki kościółek, IDĘ! Dojdę do niego, zobaczę aby co to, zrobię trzy zdjęcia i zawracam na lewej noce z powrotem do prawdziwej gratki, do wielkiego klasztoru. Wkroczyłam więc na dróżkę...


A na końcu dróżki taki widok! Raj, naprawdę, nigdy w swoim życiu nie widziałam czegoś takiego. Kolory bajeczne mimo ostrego słońca. A może to właśnie dzięki niemu, kto wie... Coś niesamowitego. Wiecie, że ta kapliczka jest w takim miejscu na górze, że z dołu praktycznie jej nie widać? A co jeszcze ciekawe - Stella Maris jest dosłownie oblepione turystami, podczas gdy to miejsce... jest puste. Nikt tu nie idzie, nikt nie odkrywa. Tutaj naprawdę można zagubić się ze swoimi myślami na długie godziny...


I tak to obejrzałam kapliczkę z każdej strony, zrobiłam w słusznej ilości zdjęcia, obejrzałam widoki i wypadałoby się znowu wspiąć na górkę, żeby wrócić do Stella Maris, ale... ale ale. Patrz. Dróżka biegnie dalej! W dół! I są schody! Jej, lecimy tam, zobaczmy co jest dalej i czy da się tym szlakiem gdzieś dojść.
Szłam tak w dół przystając co kilka stopni i nie mogąc się nadziwić, co właśnie przeżywają moje zmysły. Moje oczy szalały. Te kolory, ta perspektywa, słońce, woda, gdzieniegdzie kite-surfingowiec, w oddali jeżdżą samochody, ale są tak daleko, że wydają się nieistniejącymi naprawdę zabawkami, jakby ktoś z góry próbował bawić się Hot Wheels. Cudowność ponad cudowności, to, co wtedy przeżyłam nie sposób wyrazić słowami, a zdjęcia nie są w stanie nawet w 50% oddać tego piękna, które ujrzałam. Byłam szczerze przeszczęśliwa, że wybrałam właśnie tę drogę i że się odważyłam nią zejść, cudowne uczucie. Nie przeszkadzało mi nawet to, że jestem do tej wycieczki kompletnie nieprzygotowana, bo ani ubranie specjalnie odpowiednie, ani buty (uwierzcie mi, kocham swoje sandałki, ale na takie skały to co najmniej poroniony pomysł, jeden nieostrożny ruch i po kostkach, a skały tutaj są wyjątkowo śliskie). Nawet kremu z filtrem ani nic na głowę nie miałam, a prażyło nieźle. I to wszystko było niczym w porównaniu z doznaniami, jakich mogłam doświadczyć.
Niesamowite jest to ile uczuć może się zrodzić w człowieku poprzez proste poruszenie kilku zmysłów. Pokaż oczom piękny widok, pozwól piersi głęboko odetchnąć na szczycie odludnej góry i cały organizm od razu ma jakąś taką nadnaturalnie inną energię do działania, coś cudownego. Dlatego właśnie zdecydowałam się nazwać to miejsce rajem. Myślę, że niemały wpływ na moje odczucia miało także to, że wycieczka ta była kompletnie nieplanowana, więc każde odkrycie było nowym zaskoczeniem i niespodzianką, która przez to, że była mi wcześniej kompletnie nieznana, to mogła tak mocno cieszyć.
Ścieżka w pewnym momencie przerodziła się w las. Widać, że była zadbana i używana, więc tylko z niewielką dozą niepewności czy nie czeka mnie tam nic niemiłego wkroczyłam w zbawienną gęstwinę. Zbawienną, gdyż słońce dawało mi już się we znaki, a cień drzew okrył mnie przyjemnym cieniem.


Wyszłam z lasu i okazało się, że wyszłam prosto na ulicę, przy której jest mój akademik! Co prawda jakieś dwadzieścia-trzydzieści minut piechotą stamtąd, ale prosta droga. Jedynym bólem przy zejściu z tej góry był bilet, który "przezornie" kupiłam w dwie strony, a tak naprawdę przejażdżka z góry na dół nie przydała mi się wcale. Mogłam trzymać w kieszeni 10 szakali więcej, ale któż mógł wiedzieć. Tak samo, jak nikt nie mógł mi powiedzieć co tego popołudnia ujrzą moje oczy, tak też nikt nie mógł przewidzieć, że moje nogi poniosą mnie tak daleko i nie będę potrzebowała zwożenia z góry.
Tego dnia też dobitnie dotarło do mnie jak piękne potrafią być samotne wyprawy i jak bardzo można się z nich cieszyć, czerpiąc jak najwięcej z kojącej samotności. Tylko Ty i horyzont. Tylko Ty i przyroda. Nikt mi nie wyznaczał trasy, czasu, nie rozliczał, nie narzekał. Jeśli coś by mi nie pasowało, to mogłabym obwiniać o to tylko i wyłącznie siebie, ale... po co? Trzeba doceniać to, co los przynosi i czerpać z tego jak najwięcej.
Jak widać nawet brak fotografa mi zbytnio nie przeszkodził w cieszeniu się tym dniem. Wszystkie te zdjęcia robiłam sama.
Zapytacie - jak? Ach, drodzy, misterna to była konstrukcja, a jakże! I niestety zebrała swoją ofiarę, całe szczęście niezbyt drogą. Mianowicie przy jednym z ujęć oparłam selfiestick z telefonem na krzaczku, trzymało się to dosłownie na słowo honoru, no i honor selfiesticka niestety przerósł. Wiatr zawiał i po kilku sekundach cała konstrukcja odbiła się tylko od jednego z kamieni i wylądowała na pylistej dróżce. Telefon całe szczęście był cały, ale część mocująca to urządzenie do selfiesticka niestety się połamała. Ale nie ma tego złego - te ujęcia, które chciałam zdążyłam już zrobić, a nowego selfiesticka kupiłam już nazajutrz :D
Jak Wam się podoba to miejsce? Chcielibyście je odwiedzić?
Piszcie śmiało jakie macie przemyślenia, a ja zmykam wymyślać nowe pomysły na ciekawe posty.
Shalom!
Okazja czyni podróżnika - to już wiecie. Ale chyba jeszcze nie zdołałam wspomnieć o tym, że przypadek często wiedzie przez najpiękniejsze szlaki. I ciekawość, zdecydowanie ciekawość!
Tamtego dnia byłam jak zwykle w laboratorium, jednak dręczyła mnie odrobinę jedna myśl - kilka dni wcześniej pani profesor zaproponowała mi, że po pracy może podrzucić mnie do pobliskiego "cable car", czyli potocznie mówiąc kolejki linowej, która wywiezie mnie na szczyt Góry Karmel, skąd jest cudowny widok. Ja oczywiście uwielbiam jak pelikan łykać takie rewelacje jak "piękny widok", "szczyt góry", "punkt widokowy" itd, więc w pierwszej chwili rozentuzjazmowana zgodziłam się bez namysłu. I dopiero po jakiejś godzinie dotarło do mnie, że owy dzień to niedziela, a ja wcześniej umówiłam się bezpośrednio po laboratorium na rozmowę wideo z akademika, no siła wyższa, nie przełożę tego. Wychodząc z labu nie zastałam pani profesor, więc poprosiłam znajomą, żeby jej przekazała moje przeprosiny i popędziłam do akademika. No i kilka dni za mną chodziła ta myśl, że miałam okazję i z niej nie skorzystałam. To jest to wyjątkowe uczucie, którego szczególnie nie lubię, jak się ma okazję to się ją chwyta mocno i nie puszcza, a tutaj tak wyszło... Czułam się niejako "zobowiązana" żeby pójść na tę kolejkę i powiedzieć pani profesor później, że byłam i że (mam nadzieję) mi się podobało. Dlatego kilka dni po tej akcji szybka decyzja - po labie idę. Wszędzie chodzę na piechotę to jakoś i tam dojdę.
No i doszłam.
Generalnie tak to właśnie mniej więcej wygląda - płaci się (w zależności od tego czy chce się i w górę i w dół, czy tylko w górę) 25 lub 35NIS i wsiada się do takiej... kulki. Chociaż miejscowi mają na to lepsze określenie, nazywają to... dumnymi jajkami ówczesnego burmistrza, za którego to przedsięwzięcie powstało. Dobrze, że o tym określeniu dowiedziałam się dopiero po przejażdżce ;D
Kupiłam przezornie bilet w dwie strony, a bo to wiadomo czy na górze nie będą mi kazali znowu płacić wysokiej stawki za zjazd czy coś, lepiej dmuchać na zimne (podobno). Jedzie to to może ze 2-3 minuty, szczerze mówiąc dokładnie czasu nie określę, bo byłam przyklejona do szyby i aparatu. Ale bardzo szybko zleciało, więc myślę, że dłuższe niż 5 minut to nie było.
Wysiadłam i od razu aż przystanęłam, piękny widok na Morze Śródziemne w kolorze lazuru, którego moje oczy nie mają szczęścia widzieć często.



Dwa kroki niżej jest restauracja z pięknym widokiem, no ale powiedzmy, że nie na moją studencką kieszeń, więc przyszło mi iść dalej poznawać niezbadane tereny. Pojawił się plan, że skoro trafiłam pod Stella Maris to możnaby się tam wybrać. Po drodze minęłam kolumnę:
i poszłam kawałek dalej, zobaczyć aby widok z drugiej strony góry. Dwa zdjęcia i spadam do klasztoru. Podeszłam do niepozornego punktu widokowego, za nim wielkie chaszczory, a wśród nich... ciekawa ścieżka. I jakby może nawet mój rozsądek przemówił, że halo halo Stella Maris > nieznana dróżka, no ale gdzieś tam hen hen na końcu dróżki można było zza krzaczorów zobaczyć... malusieńki budyneczek z kopułą zwieńczoną krzyżem. Pierwsza myśl - jakiś cudowny malusieńki kościółek, IDĘ! Dojdę do niego, zobaczę aby co to, zrobię trzy zdjęcia i zawracam na lewej noce z powrotem do prawdziwej gratki, do wielkiego klasztoru. Wkroczyłam więc na dróżkę...




![]() |
| "The Holy Family chapel. Built as a windmill, converted into a chapel in the 60's" |
![]() |
| A tak to cudo wygląda w środku. Drzwi są szczelnie zamknięte na kłódkę, ale są kraty przez które można dostrzec piękno zaniedbanej budowli. |
Szłam tak w dół przystając co kilka stopni i nie mogąc się nadziwić, co właśnie przeżywają moje zmysły. Moje oczy szalały. Te kolory, ta perspektywa, słońce, woda, gdzieniegdzie kite-surfingowiec, w oddali jeżdżą samochody, ale są tak daleko, że wydają się nieistniejącymi naprawdę zabawkami, jakby ktoś z góry próbował bawić się Hot Wheels. Cudowność ponad cudowności, to, co wtedy przeżyłam nie sposób wyrazić słowami, a zdjęcia nie są w stanie nawet w 50% oddać tego piękna, które ujrzałam. Byłam szczerze przeszczęśliwa, że wybrałam właśnie tę drogę i że się odważyłam nią zejść, cudowne uczucie. Nie przeszkadzało mi nawet to, że jestem do tej wycieczki kompletnie nieprzygotowana, bo ani ubranie specjalnie odpowiednie, ani buty (uwierzcie mi, kocham swoje sandałki, ale na takie skały to co najmniej poroniony pomysł, jeden nieostrożny ruch i po kostkach, a skały tutaj są wyjątkowo śliskie). Nawet kremu z filtrem ani nic na głowę nie miałam, a prażyło nieźle. I to wszystko było niczym w porównaniu z doznaniami, jakich mogłam doświadczyć.
Niesamowite jest to ile uczuć może się zrodzić w człowieku poprzez proste poruszenie kilku zmysłów. Pokaż oczom piękny widok, pozwól piersi głęboko odetchnąć na szczycie odludnej góry i cały organizm od razu ma jakąś taką nadnaturalnie inną energię do działania, coś cudownego. Dlatego właśnie zdecydowałam się nazwać to miejsce rajem. Myślę, że niemały wpływ na moje odczucia miało także to, że wycieczka ta była kompletnie nieplanowana, więc każde odkrycie było nowym zaskoczeniem i niespodzianką, która przez to, że była mi wcześniej kompletnie nieznana, to mogła tak mocno cieszyć.
Ścieżka w pewnym momencie przerodziła się w las. Widać, że była zadbana i używana, więc tylko z niewielką dozą niepewności czy nie czeka mnie tam nic niemiłego wkroczyłam w zbawienną gęstwinę. Zbawienną, gdyż słońce dawało mi już się we znaki, a cień drzew okrył mnie przyjemnym cieniem.


Wyszłam z lasu i okazało się, że wyszłam prosto na ulicę, przy której jest mój akademik! Co prawda jakieś dwadzieścia-trzydzieści minut piechotą stamtąd, ale prosta droga. Jedynym bólem przy zejściu z tej góry był bilet, który "przezornie" kupiłam w dwie strony, a tak naprawdę przejażdżka z góry na dół nie przydała mi się wcale. Mogłam trzymać w kieszeni 10 szakali więcej, ale któż mógł wiedzieć. Tak samo, jak nikt nie mógł mi powiedzieć co tego popołudnia ujrzą moje oczy, tak też nikt nie mógł przewidzieć, że moje nogi poniosą mnie tak daleko i nie będę potrzebowała zwożenia z góry.
Tego dnia też dobitnie dotarło do mnie jak piękne potrafią być samotne wyprawy i jak bardzo można się z nich cieszyć, czerpiąc jak najwięcej z kojącej samotności. Tylko Ty i horyzont. Tylko Ty i przyroda. Nikt mi nie wyznaczał trasy, czasu, nie rozliczał, nie narzekał. Jeśli coś by mi nie pasowało, to mogłabym obwiniać o to tylko i wyłącznie siebie, ale... po co? Trzeba doceniać to, co los przynosi i czerpać z tego jak najwięcej.
Jak widać nawet brak fotografa mi zbytnio nie przeszkodził w cieszeniu się tym dniem. Wszystkie te zdjęcia robiłam sama.
Zapytacie - jak? Ach, drodzy, misterna to była konstrukcja, a jakże! I niestety zebrała swoją ofiarę, całe szczęście niezbyt drogą. Mianowicie przy jednym z ujęć oparłam selfiestick z telefonem na krzaczku, trzymało się to dosłownie na słowo honoru, no i honor selfiesticka niestety przerósł. Wiatr zawiał i po kilku sekundach cała konstrukcja odbiła się tylko od jednego z kamieni i wylądowała na pylistej dróżce. Telefon całe szczęście był cały, ale część mocująca to urządzenie do selfiesticka niestety się połamała. Ale nie ma tego złego - te ujęcia, które chciałam zdążyłam już zrobić, a nowego selfiesticka kupiłam już nazajutrz :D
Jak Wam się podoba to miejsce? Chcielibyście je odwiedzić?
Piszcie śmiało jakie macie przemyślenia, a ja zmykam wymyślać nowe pomysły na ciekawe posty.
Shalom!































Komentarze
Prześlij komentarz